Urywek Pamiętników Ewy

OPIEKA STRYJASZKA IGNACEGO.

My dzieci nie znałyśmy wcale stryja Ignacego. Póki mój ojciec był zdrowy i powodziło mu się nieźle, Ignacy był częstym gościem w jego domu. Gdy ojciec zachorował, w domu przestało być wesoło.

Stryjaszek, natomiast, niczym nie brzydził się tak, jak smutkiem i obowiązkami, toteż zniknął z życia swego brata. Po jego śmierci też się nie pojawił. Ale gdy dowiedział się, że oto zostaje przeznaczony do pomocy bratowej, przyjął ten obowiązek z wielkim zadowoleniem. Bez chwili zwłoki przybył do Mikłaszewszczyzny, objąć rządy w domu i gospodarstwie. Ten pośpiech i radość bynajmniej nie były spowodowane stryjkową sumiennością. Po prostu Ignacy pierwszy raz w życiu miał się poczuć panem majątku i to niezwykle go korciło. Nic dziwnego, podobna gratka nie każdemu się zdarza: dzierżyć władzę, a nie ponosić żadnych konsekwencji swoich czynów. Przecież nawet najmniejsza strata nie będzie trafiała w jego mienie ! Poza tym, znał moją matkę i wiedział, że ze swoją łagodnością będzie bezbronna wobec jego wybryków, a jeść i tak mu da. Toteż, biorąc wszystko pod uwagę, Ignacy przyleciał do naszego domu jak na skrzydłach.

Zaraz też zaczął okazywać wielką gorliwość w pilnowaniu rodzinnego interesu. Wszędzie go było pełno, wszystkich łajał, wytykał błędy, krytykował wszelkie poczynania podjęte bez jego wiedzy. Na każdego krzyczał i na krzyku się jego rządy kończyły, czy to w polu, czy w stodole lub spichlerzu. Domowi bali się go jak ognia, z oczu schodzili, szczególnie, kiedy wziął w czubek. A trzeba przyznać, że gorzelnia była jego ulubionym pomieszczeniem gospodarskim i po porannych dwóch, czy trzech kieliszkach wódki, tam z kolei trafiał w celu poprawienia humoru. Głosił przy tym, przed kim tylko się dało, że jest wybranym przez Stanisława Wendorffa opiekunem nieletnich dzieci i dopóki są pod jego opieką, nikomu ze swych rządów tłumaczyć się nie musi. Matka widziała całą beznadziejność jego zachowania i czczej krzątaniny, ale raz wpuściwszy wilka do obory, okiełznać go nie była w stanie. Takiego to opiekuna dostała w swojej niedoli i już tylko w Bogu pokładała nadzieję, że jej razem z dziećmi nie da na tym świecie zginąć.

Może gdyby do Hołynki było bliżej i Stanisław mógł Ignacego osobiście nadzorować, to by jego harce ukrócił. A tak matka nie mogła nawet się poskarżyć, bo podróż jedenaście mil w jedną stronę wymagała co najmniej tygodniowej nieobecności. Przez ten czas Ignacy mógł i dom z dymem puścić, i rozprzedać dobytek, i Bóg jeden wie, czego jeszcze dokonać. Cierpiała więc i tylko cichą nadzieję miała na lepsze czasy. Tymczasem Ignacy rej wodził w domu , Wyrabiał wódkę, sprzedawał ją i kupował żyto , które znowu przerabiał na wódkę i tak wkoło, tylko, że cały grosz z tego procederu niknął gdzieś w Słucku. W Słucku przepadał też Ignacy, pozornie załatwiając rozmaite gospodarskie potrzeby. W czasie, w którym go nie było, można by dopilnować interesów wszystkich okolicznych dworów. Na pytania mojej matki odpowiadał, że pieniądze przechowuje u zaufanych kupców, gdyż bardziej opłaci się odebrać je za jakiś czas, z procentem i zainwestować całość w gospodarstwo.

Kłamstwo goniło kłamstwo. W mieście stryj hulał i używał w gronie sobie podobnych próżniaków i rozpustników, porobił długów, w które włożył wszystkie pieniądze. Na dokładkę cichaczem wywiózł i sprzedał połowę domowych sprzętów, aby utrzymać swoje kredyty u Żydów. Matka była bezradna. Koniec końców, po roku zebrała się w sobie i znowu pojechała do Hołynki. Pieniędzy nie było, gospodarstwo zniweczone i pomocnik do niczego. Tym razem z rady Stanisława wynikło, aby zrzec się dzierżawy i przenieść na mieszkanie do małego folwarczku pod Słuckiem.

Folwarczek ten wzięty został jeszcze przez mojego ojca pod zastaw za niewielką sumkę od doktora Domaszkiewicza. Toteż, gdy tylko matka powróciła z Hołynki, porzuciliśmy Mikłaszewszczyznę i przenieśliśmy do owego folwarczku .Było to mieszkanie na pół miejskie, na pół wiejskie, bardzo blisko miasta. Pamiętam je niby przez sen. Dom stał nowy, dookoła pola, ogrody, blisko żydowskie mogiłki i Słucz płynęła niedaleko. Tylko, że do pracy w polu trzeba było brać najemników, bo nie było poddanych. Matka sprzedała resztę starych sprzętów i kolejny raz zaczęła całe gospodarzenie od początku. Przy jej oszczędności i skromnych wymaganiach, wyszłaby w końcu na swoje. Tylko, że pana Ignacego raz w dom przyjąwszy, nie można było się pozbyć. Czuł się członkiem rodziny, ale przy tym nic z siebie nie dawał, wygód wymagał, a jeszcze pilnować go trzeba było, żeby całego dobytku znowu nie przepuścił. Ten, co miał nam zastąpić utraconego ojca, okazał się krzyżem Pańskim mojej anielsko cierpliwej matki.

Wreszcie, gdy znowu z dnia na dzień gorzej się w domu działo, stryjaszek dojrzał, jak to się mówi, dno beczki. Stwierdził, że niczego więcej z gospodarstwa bratowej nie wydusi. Zostawiwszy ją w niedostatku i z kłopotami, pojechał szukać szczęścia i wesela w gronie znajomych, z którymi wypił nie jedną flaszkę śmierdziuchy, jak zwykł był się wyrażać. Zapowiedział co prawda rychły powrót, ale na razie dał nam od siebie odpocząć. Rzeczywiście, to nie był koniec prób cierpliwości mojej matki. Ale nie będę uprzedzać wypadków. Na razie ona odetchnęła, a my, dzieci poczułyśmy się swobodniej. Dom jakoś ucichł. Znikąd nie dochodziły krzyki i napomnienia z Bóg wie, jakiej przyczyny. Zresztą, stryjkowych żartów baliśmy się tak samo jak złości , bo równie były dokuczliwe i niebezpieczne jak jego zły humor. Nie tęskniliśmy, więc, bynajmniej, nie wyglądaliśmy powrotu i pomału zapomnieliśmy naszego niefortunnego opiekuna.

Trochę to przykre, że niemal nie pamiętając ojca, tak dokładnie mam w oczach postać jego młodszego brata. Z łatwością przywołuję w pamięci zarówno jego powierzchowność, jak i charakter, i obyczaje. Wtenczas, kiedy sprawował urząd naszego opiekuna, musiał liczyć sobie około trzydziestu lat. Twarz miał pociągłą, rysy regularne i piwne, kształtne oczy. Brunet, raczej miernego wzrostu, ale dobrze zbudowany. Ogólnie wydawał się dość przystojny, lecz w jego twarzy było coś odpychającego, mimo kształtnych rysów. Wydawało się, że stale z czegoś jest niezadowolony, że ciągle szuka zaczepki. Toteż, pierwszym odruchem wobec niego zawsze była chęć uniknięcia spotkania. Myślę, że ten wyraz niemiły nadawała jego obliczu wiązka zmarszczek między oczami, która, nigdy się nie wygładzając, dziwnie nie pasowała do młodej twarzy. Nasuwała myśl o jakichś częstych przykrych doświadczeniach. Ignacy ubierał się po polsku. Lubił śmiech i dowcip, ale w obecności mojej matki zawsze był pochmurny i nadąsany. Nic dziwnego, gdyż żarty, w których gustował, tylko w specyficznym towarzystwie wywoływały radość. Toteż posłyszeć je można było jedynie przypadkiem, w piekarni, bądź w rozmowach z czeladzią. Zresztą takie towarzystwo, przy którym nie trzeba było zachowywać żadnych form, stryj przedkładał nad inne. Poza tym lubił jeszcze jeść, byle dobrze i dużo. Do rozmowy często wtrącał słownictwo miejscowych chłopów, aby uczynić swoją mowę bardziej wyrazistą. Gdy był trzeźwy, trzymał język na wodzy, ale biada tym, którzy spotkali go podchmielonego. Kto szanował swoje uszy, po prostu, czym prędzej uciekał i krył za jakimiś drzwiami z dobrym zamkiem.

Nie tęskniliśmy, więc za czcigodnym opiekunem, zaznając podczas jego nieobecności spokoju i wytchnienia. Ale co dobre, może trwać długo, niemniej zawsze ma swój kres. Także i stryj wrócił do nas, gdy już niemal go zapomnieliśmy. Gdy tylko nogę za próg przestawił, w całym domu zahuczało jak w ulu, gdy kto zimą chuchnie przez oczko. Każdego powitał konceptem we właściwym sobie rodzaju. Mnie pogładził dłonią po twarzy, zaczynając od brody, a kończąc na czole, co było jeszcze wyrazem jego delikatności, bo już memu bratu po prostu wykręcił ucho. Dziewczynę służącą uszczypnął i nazwał suczką, chłopak zarobił potężnego kuksańca w nos. Żarciki i docinki sypały się jak z rękawa. Widać, że i dowcip, i humor, i umysł w ogóle odświeżyły się stryjkowi w podróży. Lecz nie do nas miał Ignacy interes, lecz do mojej matki oczywiście. Jaki, to się dopiero miało okazać.

- Bratowo, głodny jestem jak pies. Po drodze nawet nie zaglądałem do żadnej karczmy, żeby gardło przepłukać kieliszkiem śmierdziuchy, tak mi się do was spieszyło. Kaczki was beze mnie nie zadeptały, co? Taki mam apetyt, że zjadłbym starego diabła, gdyby był pod ręką.
- Już podaję obiad.
- Czekaj, czekaj bratowo. Co mi po twoim obiedzie? Wódki postaw na stół pełną flaszkę, nie kieliszek jak posłańcowi. Ja tam więcej niż kieliszek nie wypiję, bo markotno pić do ściany, ale taki widok na stole zawsze humor poprawia.
- Nikt jeszcze wódką głodu nie zaspokoił.
- To ci mądra kobieta. Ma się rozumieć, że do wódki potrzebna przekąska. A obiad potem. Teraz coś małego, byle co, jakieś wołowe udko, czy świniacze ryło, byle kiszkę napchać.

Matka przyniosła wódkę i wędzonkę. Stryjaszek sprzątnął wszystko z talerza, choć wypił faktycznie tylko kieliszek, pogłaskał się po brzuchu, podziękował grzecznie i oznajmił, że zamiast zapłaty, matce mojej należy się nowina. Matka nie była jej specjalnie ciekawa.

- Mówię, że ważna nowina, to mnie bratowo słuchaj, bo gdybyś chciała zgadnąć, o co idzie, to by ci stu lat było mało.
- Ani myślę tak się wysilać i pośpiesz się, bo muszę naprzeciwko.
- Żenię się.
- Piąty raz słyszę.
- Ależ to prawda. Sama mi powinszujesz. Znalazłem doprawdy ciepłą babkę. O, cieplutka, talarami podszyta. Już nawet jestem po zaręczynach. Nie wierzysz, bratowo? Uwierz, proszę. Patrz, to pierścionek od mojej narzeczonej. Przecież mnie znasz, na takie bzdurstwa grosza bym nie wydawał, garniec miodu lepszy.

Stryjaszek wywijał ręką w powietrzu, prezentując swój pierścień. W matki milczeniu wyczuł jednak niedowierzanie, więc w końcu dokładnie opowiedział, kim jest narzeczona.

- Teraz, bratowo wierzysz. Śpiewać darmo, gardło boli, mówią ludzie, a ja wierzę w to przysłowie. Co by mi z kłamstwa przyszło? A tak, na weselisko bratową proszę!
- Wesele obejdzie się beze mnie, ale szczerze się cieszę i winszuję. Niech ci Bóg dopomaga.
- O, dopomoże bratowo, dopomoże, ale jeśli ty pierwsza łaskę mi wyświadczysz. Więcej powiem. W twoim ręku mój los i moja przyszłość, cała moja nadzieja. Wiem, że ci ciężko, ale, jak to się mówi, kto chce psa uderzyć, kija znajdzie. Jeśli mi dobra kobieto odmówisz, to tak, jakbyś własną ręką zabiła!
Matce dreszcz przeszedł po skórze. Czuła podstęp, ale nie wiedziała, czego dotyczył.
- Niech mię diabli porwą, bratowo, jeśli usłyszałaś jedno słowo kłamstwa ode mnie!
- Zgroza mnie ogarnia, gdy cię słucham. Żeń się w imię Boga, diabła pod moim dachem nie przyzywaj i mów wreszcie, w czym rzecz.
- Przyjmiesz nas po ślubie pod swój dach. Ot, masz. Wóz i przewóz, cała łaska, o którą proszę.
Matka zdrętwiała, a nie speszony stryjek ciągnął dalej swą kwiecistą mowę. A to, że cała sprawa na krótko, bo panna ma dobry posag. Wie to na pewno, bo z tej strony nie bito go w ciemię. Poza tym, po kroćset diabłów by się żenił, gdyby nie wiedział, gdzie i u kogo te zapleśniałe talary leżą. Dobrzy ludzie, co go swatali, wiedzą, a i on stary wróbel i na plewę złapać się nie da. Tylko, że pieniądze rozlokowane w kapitałach, na procent. A panna w cudzym domu na razie pomieszkuje. Prosić o pieniądze na dom teraz nie wypada, zresztą terminy oddania ich dopiero w kontraktach.
- A po ślubie muszę przecież żonę gdzieś zawieźć, prawda? A mój dom – u ciebie, bratowo.
- Zobacz, u mnie nie ma możliwości godnie przyjąć gościa na dłuższy czas. Sam wiesz, że bieda i ciasnota. Twoja narzeczona na pewno przywykła do wykwintniejszych warunków, których tu przy najlepszych chęciach stworzyć się nie da.
- Bratowo, dość twego chleba jadłem. Teraz będziemy zamożni. Nie martw się o utrzymanie. Dachu tylko użycz. Nie na długo, obiecuję, że tylko do kontraktów mińskich.
- A nie lepiej żenić się po kontraktach, gdy już gotówka będzie?
- Nie mów tego, to by była moja zguba. Już złe języki szepczą przeciw nam i narzeczoną buntują. Trochę zwłoki, a stracę i fortunkę i szansę na przyzwoite życie. Wtedy to wstyd i golizna, przyjdzie chyba utopić się , albo w łeb strzelić. Do kroćset diabłów, życie mi już obmierzło przez tę tułaczkę. Mówią, że człowiek jak się ożeni, to się odmieni. Daj Boże, by to była prawda!

Matka miała za dobre serce dla stryjaszka Ignacego. Ona zresztą, nawet obcemu nie odmówiłaby dachu nad głową, a cóż dopiero, kiedy życie krewniaka zawisło od jej woli. Poleciwszy Ignacemu żonę szanować, zgodziła się przyjąć państwa młodych do swego domu. Uradowany stryjek odjechał, aby w krótkim czasie rzeczywiście sprowadzić pod nasz dach swoją żonę.

Musiałam mieć pięć, albo sześć lat, kiedy stryjenka do nas przybyła, bo ją doskonale pamiętam. Przypominam sobie, jakby to było wczoraj, jak zajechała przed nasz dom kolaska, z której wysiadł stryjaszek, prowadząc za sobą strojnie ubraną damę, którą przedstawił mojej matce jako żonę. Za nimi wyniesiono mnóstwo rozmaitych rupieci i tłumoków. Pamiętam, że matka moja przyjęła nową stryjenkę z wielką uprzejmością. Zaraz zagotowano kawy, co się robiło tylko przy gościach. Stryjenka kawę bardzo chwaliła i wypiła dwie filiżanki, choć inni goście pili zawsze po jednej. Stryjenka dużo i pięknie dygała, co mnie się ogromnie podobało. Nam, dzieciom, kazano zaraz przy powitaniu pocałować ją w rękę, a gdy to uczyniliśmy, dostaliśmy od niej pierniczki. Ten dzień i postać stryjenki jeszcze dziś mam przed oczami jak żywe. Gdyby tylko ręka i pędzel były mi posłuszne, namalowałabym portret stryjenki doskonały i wierny rzeczywistości w każdym szczególe. Była brunetką, przy kości, nieco przysadzistą. Twarz miała okrąglutką, z nieco obwisłym podbródkiem, ładny, mały i wąski, choć nieco zadarty nos. Piwne oczy patrzyły srogo spod szerokich, zbliżonych ku sobie czarnych brwi. W wieku dość podeszłym jak na pannę młodą, bo około czterdziestu lat, ciemne włosy miała mocno przyprószone siwizną. Dla zamaskowania tego faktu, stryjenka mocno je pudrowała. W ogóle była dość ładna i nie wyglądała na złośnicę, choć miała w twarzy wyraz surowości. Zapewne dodawał go gęsty zarost na brodzie, który musiała co kilka dni golić, aby jej nie szpecił.

Strój stryjenki wydał mi się szczytem elegancji. Suknia jedwabna grodeturowa była koloru popielatego. Z wierzchu okrywał ją czarny półsalopek, podobny w formie do dzisiejszych mantylek, bo z tyłu ledwo sięgał za pas, a z przodu końce opadały na kolana. Ale nie był jedwabny, a ciepły, kitajkowy, obłożony gronostajami dookoła, podobnie jak przyszyty do kołnierza okrągły kaptur. Spod sukni wyglądały różowe atłasowe trzewiki z ostrymi nosami i na korkach. Dziś wiem, że strój ten, choć ładny, musiał być już dawno niemodny, gdyż nigdzie, nawet na mszy w farze słuckiej, wśród niezliczonej rzeszy najrozmaitszych ubiorów, niczego podobnego w owym czasie nie spotkałam. Szczególnie fryzura, jak wspomniałam, upudrowana i wysoko spiętrzona z malutkim, czarnym kapelusikiem pilśniowym, nie wiem, jakim sposobem na wysokości przytwierdzonym, była niezwyczajna. Podobnych kastorowych kapelusików dziś używają mężczyźni. Ogólnie rzecz biorąc, oryginalna stryjenka spodobała mi się.

Matka, jak już pisałam, przyjęła gościa z otwartym sercem i wszystkimi należnymi mu honorami, o swoich wygodach nie myśląc. Oddała w posiadanie stryjenki dwa najlepsze pokoje, a sama z nami ulokowała się jakoś w reszcie domu. Przez wrodzoną dobroć i prawa gościnności nie narzekała, ale trzeba przyznać, że z utrzymaniem było krucho. Matka pocieszała się tylko myślą o nadchodzących kontraktach mińskich, w czasie których Ignacy obiecał dopilnować wszystkich interesów żony.

Nadeszły w końcu owe kontrakty, szlachta pozałatwiała swoje sprawy i rozjechała się do domów. Tak samo kontrakty nowogródzkie – handlowe transakcje i gospodarskie umowy zostały pozawierane, a stryjaszek tymczasem nawet nosa z domu nie wyściubił. Wreszcie matka ośmieliła się go zapytać, cóż takiego z żoną uradził i co się robi w interesach.

- O, bratowo, robi się, robi, Ale co nagle, to po diable. Ale dom to nie obwarzanek, za grosz się go nie kupi. Tu trzeba myśleć, głowa kręcić, aby potem głupio pieniędzy nie wydać. Na kontraktach nie byłem, ale po co groszem na podróże szastać, kiedy ma się przyjaciół, którzy lepiej się na rzeczy znają. Ja do nich piszę, oni do mnie i tak interes się kręci. O, właśnie donieśli mi o niewielkim dziedzictwie, które w każdej chwili mogę objąć. Tylko, że dziedzic ma takie mnóstwo obowiązków i wydatków, a to na budynki, to na zapomogi. Lepiej wziąć dzierżawę, mostów za sobą nie palić, niech pieniędzmi dziedzic się martwi. Nie dureń powiedział, że lepiej gryźć cudze ucho, niż własne.

Matka nie miała już siły samodzielnie ciągnąć całego gospodarstwa. Wiedziała dobrze, że im Ignacy ma mniej do powiedzenia, tym mówi więcej, a interesy pewnie załatwia w jedyny sobie znany sposób, czyli nic nie robi. Postanowiła więc rozmówić się z bratową, która sprawiała wrażenie osoby rozważnej i dużo od męża rozsądniejszej. Upatrzyła sobie zatem stosowną porę na rozmowę i jak mogła najdelikatniej zapytała Ignacową o plany na przyszłość.

I proszę sobie wyobrazić ich wzajemne zdumienie, kiedy się zorientowały, że obie padły ofiarą stryjkowego oszustwa. Otóż, okazało się, że Ignacy , starając się o żonę, za namową przyjaciół i ich wydatną pomocą, udawał bogatego człowieka. Tamci na zmianę stroili go w swoje bogate pasy, kontusze, żupany, pożyczali swoich bryczek, ekwipaży. On sam legitymował się posiadaniem wielu ziem, w rzeczywistości należących do różnych krewnych tego samego nazwiska, co on. Mistyfikacja się powiodła. Okolica była odległa, konkurenta nikt nie znał. Panna nie miała nikogo bliskiego, kogo jej los obszedłby na tyle, żeby ów sprawdził, co to za jeden, ten bogaty i przystojny młodzieniec. Pannie starający się bardzo podobał, tak, że zatraciła wszelki krytycyzm wobec niego. Uważała za wielkie szczęście, znalezienie takiej miłości w podeszłym, jak sobie mówiła, wieku. zaręczyny i jeszcze szybszy ślub wcale jej nie uwłaczały, wręcz przeciwnie, brała je za wyraz gorącej miłości. A Ignacy, w obawie, ażeby się kłamstwo nie wydało, grał swoją komedię dalej. Wyprosił dach nad głowa u mojej matki, ale narzeczonej powiedział, że ja wprowadzi do własnego domu. Uprzedził tylko, że zastaną w nim jego bratową z dziećmi, nad którymi zlitował się po śmierci brata i dał schronienie. Bratowa zaś zajmuje się całym domem i gospodarstwem. Stryjenka przyjechała więc do domu mojej matki, sądząc, że jest w nim panią i tylko przez grzeczność nie domagała się relacji z zarządu majątkiem . Ignacy faktycznie miał nadzieję na rychłe kupno własnego domu, ale się przeliczył. Stryjenka okazała się oszczędna i nie widziała potrzeby wspomagania bogatego męża swoimi pieniędzmi. Toteż, żyjąc spokojnie na utrzymaniu mojej matki, Ignacy wciąż szukał sposobu na dobranie się do sakieweczki żony.

No, cóż .Kłótnie, jakie nastały w naszym domu po rozmowie matki ze stryjenką, nie w całości nadają się do przytaczania. Łzy i wymówki żony, Ignacy zbywał śmiechem, żartując z łatwowierności kobiet. Przypominał przy tym rozmaite koncepty i fortele, którymi ją zbałamucił. Koniec końców ustały te ożywione małżeńskie sceny . Całkiem na poważnie zaczęto myśleć o kupnie domu. Stryjenka przeznaczyła pewną sumę na ten cel, ale Ignacy szybko ją przepuścił. Wtedy, ponieważ obie z moją matką znały się już dość dobrze i wiedziały, że sobie mogą zaufać bardziej, niż Ignacemu, postanowiły zamieszkać pod jednym dachem na stałe. Rzeczywiście, pamiętam, że stryjenka mieszkała z nami, dopóki nie zaszła potrzeba zmiany mieszkania. Ta stryjenka była dobrą kobietą, wartą lepszego losu, niż przypadł jej w udziale.

Na podstawie „Pamiętników z życia” Ewy Felińskiej

Marta Gambin-Żbik

Możliwość komentowania jest wyłączona.