Wspomnienia z Syberii- fragment

DROGA DO BEREZOWA

Z Kijowa przez Tułę do Kazania

Roku 1839, dnia 11 marca, według starego stylu, opuściłam Kijów. Słońce rzucało promienie z wysoka, mimo to mróz trzymał mocno i nie było żadnych oznak zbliżającej się wiosny.
W najdłuższą podróż mego życia wybrałam się zatem saniami. Zamarznięty Dniepr przebywszy po lodzie, konie zaraz puściły się cwałem. Raz i drugi spojrzałam za siebie, ale Kijowa już widać nie było. Nic nie było widać. W pierwszych dobach „podróży” opuszczała mnie cała odwaga, gdy tylko spoglądałam za siebie. Przerażało porównanie nikłej cząstki drogi przebytej z ogromem przestrzeni do pokonania. Ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Po tygodniu podróż wydawała mi się tak naturalna jak wszystkie codzienne czynności. Nic już nie czułam- ani bólu, ani żalu, wstrętu, czy bodaj zniecierpliwienia.

Ciągły dźwięk dzwonka pocztowego, uczepionego u sań i wstrząsy tychże, zapadających się w doły, jamy, zaspy, skaczących na twardym śniegu, początkowo poruszały wszystkie nerwy. Z czasem jednak sprawiły, że zapadłam w rodzaj sennego letargu, z którego wyrywały mnie tylko postoje. Po to jedynie, aby ból głowy i wszystkich poobijanych członków przypominał na chwilę, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nie było jednak czasu, aby się nad sobą litować. Bo już przenikliwy dzwonek pocztowy wzywał do dalszej jazdy, więc sanie leciały przed siebie bez opamiętania, to wpadając, to wyskakując ze śnieżnych przepaści, coraz dalej, dalej i dalej… Dzień podawał nocy, a noc dniowi owo tętnienie dzwonka.

Nie umiem spać w drodze, toteż pierwsze doby podróży wydawały mi się nieznośne. Wreszcie, skrajnie wyczerpana, weszłam na postoju do domu pocztowego i padłam bez czucia na ławę. Nie mogłam spać, ale przez parę godzin żadna siła by z tej ławki nie podniosła mego odrętwiałego ciała. Próżno podoficer- przewodnik, stojąc nade mną, nalegał na dalszą jazdę. Jak znarowiony koń, który nie rusza z miejsca, nie chcąc, czy nie mogąc, nie wiem do dziś, nawet nie drgnęłam. Wreszcie dozorca poczty, rosyjski oficer, widząc w jakim jestem stanie, zażądał od przewodnika instrukcji dotyczących mojej osoby. Okazało się, że ze względu na płeć i wiek przysługują mi prawa, o których przewodnik mnie nie poinformował, a które teraz mi odczytano. Od tej pory podróż stała się znośniejszą, gdyż ode mnie zależało, kiedy będę mogła wypocząć.
Kiedy ktoś ma upragniony cel, niecierpliwi się, droga mu się dłuży, ciekaw jest, co zastanie u jej kresu. Ze mną rzecz się miała zgoła inaczej. Nic mnie na przód nie pchało, wręcz przeciwnie. Nic nie ciekawiło w miejscu do którego miałam przybyć, nic, ani nikt tam nie czekał. Miało to tę dobrą stronę, że podróż mi się nie dłużyła. Moje godziny mogły sobie upływać jak chciały. Ja wsiadałam do sań, wysiadałam, wsiadałam, wysiadałam…a posuwanie naprzód było stanem spoza mojej świadomości.

Nie podróżowałam sama. Wraz ze mną z Kijowa wyruszyły pani Paulina Wilczopolska i panna Józefa Rzążewska. Miejsce ich przeznaczenia było inne niż moje, ale aż do Tobolska miałyśmy jechać jedną drogą.

Tak oto, przebywszy część guberni czernihowskiej ze stolicą w Orle, poprzez rozległe stepy nad Oką, przybyłam do Tuły. Na postoju skorzystałam z gościny domu pocztowego, aby się ogrzać i posilić. W izbie pocztowej zastałam pewnego żołnierza z mińskiego pułku piechoty, który jak się okazało, stacjonował jakiś czas w naszej wiosce. Poczułam się, jakbym spotkała starego znajomego. Wspólne wspomnienia, mimo iż osoby tej wcale nie znałam, wiele znaczą wśród obcych na obcej ziemi, więc porozmawialiśmy parę chwil.
W tej samej izbie mieścił się sklepik. Tuła to stolica rosyjskiej produkcji wyrobów żelaznych. Rozmaite cudeńka nęciły podróżnych przepięknym blaskiem. Zapragnęłam nabyć coś pamiątkowego i zarazem przydatnego w kraju, do którego zmierzałam, a o którym nie słyszałam jakoś, żeby słynął z rękodzieła.
Gdy już z wielkim zadowoleniem oglądałam nożyk, nożyczki, pieczątkę z dewizą drzewa jodłowego i parę innych fraszek, które nabyłam, poczułam, że ktoś wciska mi do ręki zwitek papieru. Obejrzałam się i zobaczyłam, że żołnierz znajomy rzuca mi porozumiewawcze spojrzenie. Tajemnica obudziła moją ciekawość i gdy tylko mogłam zachować dyskrecję, przeczytałam, co następuje:
„ Oszukują was, tu kurs pieniędzy zupełnie inny. Zapłaciliście dwa ruble nadto. Abyście nie ulegali więcej podobnym oszukaństwom, przyłączam tablicę kursu monet.” Gdy nadarzyła się okazja, żołnierz objaśnił mi, że tu żadna moneta, ani papierowa, ani srebrna, ani miedziana, nie ma wartości normalnej. Moneta srebrna przeliczana była tylko i wyłącznie na papierową, a ta z kolei w jakiś urojony sposób na kopiejki tak, że bez ogromnej wprawy bądź tablicy kursu nie sposób było tej łamigłówki rozwikłać. Logika ni znajomość arytmetyki na nic się nie mogły przydać. Mówiło się dwanaście, tąż monetą płaciło dziesięć i warunki umowy dopełnione. Dlaczego? Tego do dziś nie pojmuję. Wdzięczna byłam życzliwemu żołnierzowi wielce. Choć nadpłaconych pieniędzy już nie odzyskałam, gdyż kupiec zniknął natychmiast, poczuwszy monetę w kieszeni, to jednak w trakcie całej dalszej podróży nauka owa i tabliczka wielce mi się przydały.
Bardzo chciałam obejrzeć Tułę i zwiedzić fabrykę wyrobów żelaznych i broni, ale nieubłagany głos dzwonka pocztowego i złowieszcze zawodzenie mojego przewodnika „ dalej, dalej…” skutecznie sparaliżowały moje chęci. Widziałam tylko, że Tuła jest pięknym miastem o szerokich ulicach. Miejscowe wyroby, balkony, płotki, bramy odlewane z żelaza nadają mu niespotykaną świeżość i wdzięk. Natomiast niezmierna przestrzeń stepu dookoła, okrytego śniegiem, wygląda jak prześcieradło. Nic tego krajobrazu nie urozmaica, ani lasy, ani miasteczka, ani zameczki. Tylko smętne wierzby sterczą gdzieniegdzie nad gościńcem. Nie mam z tej długiej drogi żadnych przyjemnych wrażeń.

Minąwszy w końcu Riazań, zbliżyliśmy się do sławnej w miejscowych podaniach puszczy muromskiej. Bardów swoich znalazłam w osobach pocztylionów i dozorców poczt. Ich niestrudzona wyobraźnia, bardziej lub mniej poetycka, ale zawsze skłonna do orientalnej przesady, coraz to tworzy nowe opowieści, ubarwia dawne wypadki, podaje za nowinę to, co zdarzyło się lata temu. Ciekawe to były historie, ale jakoś nie budziły we mnie tych emocji, którym ulegali moi towarzysze i przewodnicy. Nawet wręcz uroczyste opatrywanie broni przed wjechaniem w puszczę nie robiło na mnie wrażenia. Moje położenie sprawiło, że doszłam do pewnego kresu, nabyłam dziwnej niezależności, która pozwala obojętnie patrzeć na rzeczy, w innej sytuacji budzące niepokój, czy nawet grozę. Nazwałabym ten stan rozkoszą nieszczęścia.
Puszczę przebyliśmy jak tylko można najspokojniej. Dla mnie zaś prawdziwą przyjemnością i odmianą po niezmierzonej, nudnej przestrzeni stepów, było znaleźć się między drzewami. Zamiast oczekiwanych zbójców spostrzegłam tylko wielką obfitość cietrzewi. Szelest ich skrzydeł to jedyny dźwięk, który przerywał głuchą ciszę lasu. Jako nieodrodna córka starodawnych litewskich myśliwców, mało nie wyskoczyłam z sań na widok tych pięknych ptaków, nie wiadomo, po co. Chyba z wielkiego podziwu, bądź wielkiej chciwości. We mnie krew się gotowała, a one spokojnie siedziały na drzewach tuż przy gościńcu. Obojętnym wzrokiem patrzyły na przejeżdżających, jakby urągając naszej niemocy i niedołężności.

Konie tym czasem leciały dalej, dalej…

Opuściliśmy szczęśliwie srogą puszczę, zbliżyliśmy do brzegów Wołgi i przybyliśmy do sławnego ze swego jarmarku Niższego Nowogrodu. Widok był niecodzienny. Dwa miasta, rozdzielone korytem Wołgi. Jedno z nich pełne ruchu i życia, drugie porządne, czyste, bez oznak opustoszenia ale ciche i nieruchome, zasypane śniegiem. Śpiąca królewna. Nie mogę odgadnąć. Czy pomorek dopiero co ubił mieszkańców tych murów? Wszystko tu świeże a jednak martwe. Wreszcie zaspokojono moją ciekawość. Otóż to właśnie jest część miasta, w której raz do roku odbywa się sławny jarmark, w 1817 roku przeniesiony tu z Makarjewa, stąd do dziś zwany makarjewskim. Śpiąca królewna budzi się wtedy na pięć niedziel. Wówczas przenosi się do niej całe życie miasta, zjeżdżają niezliczeni goście. Domy, domki, szałasy – wszystko to napełnione ludem i zawalone towarami. Nic dziwnego. W krótkim czasie pięciu niedziel Północ spotyka się tu z Południem. Wołga, łącząca morze Bałtyckie z Kaspijskim, przynosi płody Europy i Azji. Kałmucy, Persowie, Bucharcy przybywają z owocami swojej ziemi i wyrobami przemysłu. Chińskie karawany ciągną z herbatą i jedwabiem, kupcy syberyjscy wiozą futra i drogie kamienie. Przemysł zaś europejski, za te surowe bogactwa azjatyckie, dostarcza, co ma najwykwintniejszego ze swych wyrobów. Ta mała przestrzeń, dziś leżąca w odrętwieniu, to miejsce, które zbliża i brata mnóstwo narodów, różniących się obyczajami, religią, kolorem skóry, językiem, fizjonomią i cywilizacją, rozdzielonych całym miąższem kuli ziemskiej. Która królewna nie zgodziłaby się za cenę wiecznego snu, budzić raz w roku do życia pełnego, wolnego i doskonałego, aby więcej przeżyć, niż jej siostra przez cały rok?

W Niższym Nowogrodzie uzupełniliśmy nasze zapasy dobrym chlebem i bułkami. Z powodu Wielkiego Postu na postojach nie było nic bowiem oprócz barszczu z olejem i postną kaszą, a to kuchnia naprawdę bardzo skromna.
Wreszcie w Wielką Sobotę dotarliśmy do Kazania. Zarówno ja, jak i moje równie zgłodniałe i znużone towarzyszki, zapragnęłyśmy skorzystać z przysługującego nam prawa i choć przez dwa dni Wielkanocne odpocząć. Przewodnikowi pomysł ten odpowiadał, więc opuścił nas, aby załatwić potrzebne formalności. Czekałyśmy w saniach, aż zmrok zapadł. Chłód, głód, znużenie i klątwy pocztyliona dokuczyły już tak bardzo, że wreszcie po ponad czterech godzinach nawet nasi aniołowie stróże ugięli się i zajechaliśmy do oberży. Była dziesiąta wieczór. W ciepłej izbie zapragnęłyśmy tylko jednego. W kilka minut spałyśmy głęboko, a rozesłany na podłodze dywan i poduszka pod głową spełniły najgorętsze z naszych życzeń.
O godzinie pierwszej w nocy przewodnik rozbudził nas, zawiadamiając, że dopełnił formalności, w związku z czym natychmiast mamy przenieść się do przygotowanej kwatery. Prośby nic nie dały. Trzeba było opuścić ciepły pokój, zebrać rzeczy i ruszać na nowe mieszkanie. Jedyną pociechę stanowiła myśl, że w końcu przez dwa dni wygodnie odpoczniemy. Czekał na nas grzeczny oficer, który poradził sobie nawet ze znalezieniem koni w środku nocy. Godzina druga minęła, gdy zajechałyśmy do wyznaczonej kwatery. Skoro tylko weszłyśmy, taka wilgoć i stęchlizna uderzyły nasze powonienia, że nie było możliwości odetchnąć. Ściany pokryte niezliczoną ilością owadów, znanych w Rosji jako tarakany, na Litwie zaś pod nazwą prusaków. Jak oficerowie między szeregowymi, poruszały się między nimi tarakany czarne, różniące się od pierwszych wielkością i kolorem.

- Panie oficerze, pozwólcie nam zanocować w saniach.
- Chciałem jak najlepiej. Była jeszcze, co prawda druga kwatera do wyboru, ale zimna, a ta jest ogrzana. Panie zaś jesteście zziębnięte…
- Chcemy do zimnej!- Zawołałyśmy jednogłośnie.

Oficer wybiegł, przerwać rozładowywanie sań, ale konie już wyprzęgnięto. Poszłyśmy zatem pod przewodnictwem żołnierza piechotą. Izba, chociaż zimna, okazała się czysta i sucha. Oficer pożegnał się i odszedł, a my zaczęłyśmy na nowo mościć się do snu. Świtało, ale wiedząc, że cały dzień wypoczynku przed nami, kazałyśmy pozamykać okiennice i rzuciłyśmy się na pościel.
Rozbudziło nas pukanie do drzwi.
- Pan policmajster chce się widzieć! – zawołał za drzwiami głos naszego przewodnika.
Zahartowane rozmaitymi wypadkami, w parę minut byłyśmy gotowe przyjąć niespodziewaną wizytę. Policmajster bardzo grzecznie zapytał, czy kwatera nam odpowiada i czy dobrze spałyśmy. Odpowiedziałyśmy równie grzecznie, żeśmy zupełnie kontente.

- Ponieważ panie musiały się już wywczasować, trzeba, abyście dziś jeszcze odjechały.

Spojrzałyśmy tylko jedna na drugą, bo słów nam zabrakło. Tyle zachodu i bezsenna noc i tyle nam z tego. Postanowiłam zawalczyć o nasze prawa.

- Wie pan urzędnik, że mamy przywilej wypoczynku wedle naszego uznania w miastach guberni i naprawdę, nie nadużywamy go?
- Tak, tak, wszakże zdaje mi się, że panie należycie odpoczęły i spodziewam się, że dalsza podróż im nie zaszkodzi.

Nie było z kim i o czym mówić. Policmajster spodziewał się może próśb i skarg, ale nie doczekawszy, zezwolił nam jeszcze na kilkugodzinny pobyt w mieście, pożegnał się grzecznie i poszedł. A my postanowiłyśmy mocno, więcej o taki wypoczynek nie prosić. Zażądałyśmy natychmiastowego odjazdu. Tylko, że wszyscy świętowali Wielkanoc i nikomu się w drogę nie spieszyło- ani urzędnikom, ani pocztylionom. Siedziałyśmy więc na tłumokach, nie wiedząc, co ze sobą począć. Raptem drzwi się otworzyły i weszła jakaś dama, podeszła wiekiem, której nazwiska nie pamiętam. Powiedziała, że jest wdową po pułkowniku wojsk rosyjskich i kiedyś kwaterowała z mężem w okolicach Warszawy, po czym pozostały jej przemiłe wspomnienia. Znając nasze położenie, zapragnęła wyrazić swoje współczucie i według miejscowego zwyczaju, powitać nas czerwonym jajkiem. Pogawędziłyśmy pół godziny z życzliwą damą, a po jej wyjściu, jak wygłodniałe zwierzęta rzuciłyśmy się łapczywie na kraszanki. Znaczyły one dla naszego apetytu tyle, co mucha dla psa, gdyż przecież pułkownikowa nie wiedziała, że symboliczne jajeczka mają zaspokoić olbrzymi głód. Obudziły w dodatku jeszcze tęsknotę, za rodziną, przyjaciółmi, spotkaniami towarzyskimi. Ale z tymi obrazami pamięć przywołała natychmiast inne. Zaczęły nam się jawić tłuste szynki, prosięta, kiełbasy, nadzienia, baby, mazurki. Jednym słowem wszystkie posilne jadła i łakocie stanęły żywo w naszej wyobraźni, namalowane przez zgłodniały żołądek niby pędzlem kochanka – artysty. Udajemy się zatem do naszego podoficera i prosimy, aby posłał na rynek po szynki, kiełbasy i ciasta.

- Nie ma dzisiaj targu. Do tego w tym kraju takich rzeczy na targu nie sprzedają.
- Więc nigdzie jeść dostać nie można?
- Nie wiem.
- A ty i twoi towarzysze łykacie powietrze?
- Jedzenie dla siebie zamówiliśmy u gospodyni tutejszego domu.
- To zamówże i dla nas.
- Paniom może nie smakować
- Wolne żarty! Głodny nie wybrzydza.

No i poszedł, załatwiać także i nasz interes. My tymczasem nie mogłyśmy sobie darować, że w naszych stronach w tę wspaniałą uroczystość panuje taka obfitość od pałacu do najnędzniejszej chałupy. Najuboższy, ale i najbogatszy, pospieszy powitać podróżnego, podzielić się święconym, poczęstować mięsem, czy go brakuje, czy też zbywa. Bo gość w dom, to Bóg w dom. Westchnęłam po cichu do Boga, aby nigdy nie dopuścił, by cudzoziemszczyzna wygnała od nas ten obyczaj narodowy, bratający przyrodzoną gościnność z religijnymi obrzędami.

Po pewnym czasie przychodzi do pokoju gospodyni, kazańska mieszczka i zaprasza nas na dół, abyśmy same mogły wybrać sobie potrawy. Z całą przy tym prostodusznością prosi nas, abyśmy zechciały się pokazać zgromadzonym u niej gościom, którzy z wielką przyjemnością i zainteresowaniem pooglądaliby Polki.
Oj, została zraniona nasza miłość własna, gdyśmy pojęły, że oto właśnie mamy zrobić z siebie widowisko dla potomków Tatarów. Ale zgodziłyśmy się, bo przecież ci Tatarzy nic nas nie obchodzili a dla nas również byli widowiskiem. Za widowisko widowisko, taki jest ten świat. W dodatku czekali z poczęstunkiem.
Zanim zeszłyśmy do naszej publiczności, oporządziłyśmy mocno sfatygowane dwutygodniową podróżą stroje, starając się udziwnić je przy tym jak najbardziej.
Na dole dostałyśmy miejsca honorowe za stołem, odpowiedziałyśmy na kilka nic nie znaczących pytań, ale rozmowa ta nijak nie zaspokaja głodu- ani umysłowego, ani głodu żołądka tym bardziej. Rozglądam się w miarę nieznacznie dookoła w poszukiwaniu jadła ale nawet zapachu nie czuję. Znajduję jedynie na przeciwległym stole zakrytym białym obrusem, który był, zdaje się jedyną oznaką święta, trzy talerzyki. Na jednym z nich leży zmarzłe jabłko, pokrojone cienko i ocukrzone, na drugim rodzynki a na trzecim jakieś ziarenka w kasztanowatej łupince (to, jak się dowiedziałam, tak zwane orzechy cedrowe z Syberii). Pytam w końcu gospodynię, czy może nam dać coś do jedzenia, nie rodzynki, które stają w gardle, tylko jakieś mięso na przykład. Wówczas z wielkim zdziwieniem dowiedziałam się, że w Rosji nie ma zwyczaju przygotowywania na Wielkanoc zimnych mięsiw, ciast i innych smakołyków, jak u nas. Jednym słowem, nic zgoła.
Posiliłyśmy się w końcu barszczem z mięsem, który kazałyśmy przynieść do naszej izby na górze.

Konie pocztowe przyszły pod wieczór, tylko dokumenty pozostawały jeszcze w rękach urzędników. Nasz podoficer zwijał się jak w ukropie, ale papierów nie dostał. Noc przesiedzieliśmy w oczekiwaniu, drzemiąc na tłumokach. Pocztylion zniecierpliwiony odjechał. Nad ranem wrócił przewodnik i choć papierów nie było nadal, kazał zaprzęgać. Miał nadzieje, że przejeżdżając koło kwatery urzędnika, zastanie go u siebie i sprawę załatwi. Wyjechaliśmy. Okazało się, że po bezsennej nocy urzędnik dopiero układa się na spoczynek, więc kilka kolejnych godzin spędziliśmy, czekając na ulicy pod jego domem. Ranek był prześliczny. Powitaliśmy wschód słońca nad Kazaniem.
Przedświt ludnego miasta, budzącego się do życia, ma w sobie coś nadzwyczaj przykuwającego uwagę. Ludzie, którzy budzą się pierwsi, to osobna familia z własnym obliczem. Na czole każdego jakby wypisana gotowość do pracy i potrzeba zarobku. Oni muszą przygotować wygodne przebudzenie bardziej rozpieszczonym dzieciom swego miasta.
Wychylając głowę z powozu, rozglądałam się w miarę możliwości. Kazań jest piękny i obszerny. Ulice w nim szerokie, brukowane, gmachy murowane, piękne domy. Jest uniwersytet, obserwatorium, są gimnazja i fabryki rozmaite. Ślady tatarskiego panowania znikły tu zupełnie za sprawą cywilizacji europejskiej. Nic nie przypomina, że depce się ziemie Tatarów, żyjących niegdyś z najazdów, napadów i łupiestwa.

Czas upłynął, urzędnik się przebudził, papiery zwrócił i bez przeszkód puściliśmy się w dalszą podróż.

Przez Ural

Gubernia kazańska rozciąga się zarówno nad prawym jak i lewym brzegiem Wołgi. Kraina ta ma oblicze całkowicie azjatyckie. Wioski drewniane jeżą się drewnianymi minaretami. Zamieszkuje je wielka rozmaitość narodów. Czeremisi, Mordwinowie, Czuwasze, Woljacy, Wogulicze, Tatarzy (tych jest zdaje się najwięcej),każdy przemawia odmiennym językiem, odróżnia się religią, obyczajami i ubiorem. Wśród rozlicznych strojów bieleje gdzieniegdzie turban na głowie mułły, to znów powiewa zasłona, którą kobiety twarz osłaniają. Gdybym chciała wyliczać wszystkie ubiory, które uderzyły mnie swoją oryginalnością, nigdy bym nie skończyła. Nie mając pod ręką papieru ani pióra, wrażenia schwycone w przelocie notowałam tylko w pamięci.
Cały ubiór Tatarek to najczęściej długie koszule, z przodu haftowane kolorowymi włóczkami. Tatarzy, nie należący do stanu duchownego, ubierają się niemal tak samo, jak u na Żydzi starszej daty. Strój ich składa się z kaftana o krótkich rękawach, bez fałd z tyłu i na przedzie, oraz ze szpiczastej czapki z dużymi skrzydłami, podszytej futrem. Inni noszą szlafroki i krymki na głowie.

Na każdej stacji pocztowej otaczał nas ciekawski lud. Najpierw przypatrywano się nam, potem sprzętom, przy czym szczególnie kobiety musiały dotknąć wszystkiego po kolei. Chętnie się na to godziłyśmy, gdyż tak samo byłyśmy ciekawe niezwykle oryginalnych ubiorów owych nadwołżańskich nimf.
Co postój, to wydawało się nam, że w innym jesteśmy kraju. W jednym miejscu kobiety nosiły na głowie niby tablice, piętrzące się prostopadle nad czołem, a naszywane mnóstwem drobnych, srebrnych i złotych monet. Monety te przy każdym poruszeniu głowy wydawały brzęk. Gdzie indziej ozdobą był niby diadem w kształcie półksiężyca, tak wykrojony, że zadarte końce tworzyły niby rożki, a upstrzony przy tym cały różnymi drobnymi kamykami i odłamkami kruszców. Na piersi nosiły złote i srebrne monety rozmaitej wielkości, dziurkowane i nawleczone na sznurek, tak że tworzyły rodzaj bogatych naszyjników.
Na jednej ze stacji, gdzieś między Kazaniem a Permem, raczej z ciekawości niż z grzeczności, przyszedł nas powitać Głowa wioski, wraz z małżonką. Był to Tatar już niemłody, ale czerstwy. Żonie, okrytej od stóp do głów obszerną suknią i zawojem, widać było tylko twarz. Ale cóż to była za twarz! Tak nabielona i naróżowana, brwi tak mocno wykreślone jakąś czarną masą, że wyglądała raczej na maskę bądź lalkę. Przez chwilę wydało mi się, że jestem na maskaradzie, ale czym prędzej powściągnęłam głupkowate zdziwienie, aby poprowadzić w miarę poważną i grzeczną rozmowę.
Świadoma już nieco obyczajów tatarskich, zagadnęłam Muzułmanina:

- Wiele masz żon?
- Cztery.
- To dlaczego nie przyprowadziłeś wszystkich?
- Tamte są stare i brzydkie, nigdzie ich ze sobą nie biorę, a ta ma tylko trzydzieści dwa lata- odpowiedział dumnie małżonek.
- Wiele masz dzieci?
- Czterech tylko synów, a aż dziewięć córek- westchnął ciężko stary i pokiwał głową.
- Pewnie ładne, wkrótce weźmiesz za nie dużo pieniędzy- pocieszyłam smutnego staruszka
- Gdzie tam, tyle kosztowało dziewięciu wykarmienie, ze chyba mi się to nie zwróci- odparł mi poważnie główny rachmistrz rodziny.

Tak oto posuwając się naprzód wśród ludności coraz to odmiennej, przez ziemię będącą jeszcze niedawno Królestwem Kazańskim, dotarliśmy do Permu.
Perm, dziś stolica guberni, to miasto liche i mało ludne. Podobno liczy tylko kilka tysięcy mieszkańców. Nie więcej niż pięćdziesiąt lat temu było nędzną wioszczyną, którą dopiero w 1781 roku rząd rosyjski wyznaczył na stolicę. Perm leży nad rzeką Kamą i jest jakby podnóżem Uralu. Wyminąwszy zatem miasto, wjechaliśmy w sławny łańcuch górski.

W poprzek Ural ma dość znaczną szerokość. Jadąc z Permu do Jekaterynburga przebywa się go skosem, toteż trudno długość tej drogi jednoznacznie określić. Pnąc się z góry na górę, jedzie się mil kilkadziesiąt gościńcem wyrównanym dobrze, jak wszystkie rządowe drogi rosyjskie. Góry owe okryte całe lasem i kolosalnymi kamieniami, których najbardziej wiekowe drzewa nie są w stanie przysłonić. Olbrzymie bryły sterczą pojedynczo, jedna obok drugiej, łyse, nieruchome, jak zaklęte olbrzymy, urągając swą nagością wichrom i śniegom, które tylko się o nie rozbijają. Inne piętrzą się w piramidy i fantastyczne kształty, jakby jakaś gigantyczna ręka dla zabawy cisnęła jedne na drugie, niby dziecko śnieżki.

Cały Ural poryty jest kopalniami. Nazywają je tu zawodami. Jedne należą do rządu, inne do rosyjskich magnatów. Jakby wnętrzności ziemi otworzyły swoje skarby dla pracowitych zwolenników przemysłu. Najwięcej wydobywa się żelaza i miedzi, ale także w niemałej ilości drogie kamienie i szlachetne kruszce. Osady robotników, zatrudnionych w kopalniach to ogromne wsie, wyglądające jak piękne miasteczka. Aż serce rośnie, gdy patrzy się na dwieście, trzysta domów, obszernych, zbudowanych ze smakiem, o jednakowej formie i proporcji, a świeżych jakby wszystkie razem dopiero co powstały. Ani jednej nikczemnej, ubogiej chatki. Tu nie ściska serca widok nędznej lepianki obok wspaniałego pałacu. Człowiek mimo woli zaczyna się zastanawiać nad potęgą przemysłu, oświeconego rozumem i wspartego wytrwałą pracą,. Nad potęgą, która pozwoliła pośrodku pustyni wydźwignąć niby za sprawą czarodziejskiej różdżki, nie zbyteczne gmachy, służące li tylko zadowoleniu próżności jednego człowieka, tylko wesołe domki, zaspokajające potrzeby tysięcy uczciwie pracujących rodzin.

Na postojach spotkałam ciekawe świadectwo umiłowania sztuki przez ten lud, na co dzień pracujący w kopalniach. Są to widoczki z malowaną (zwykle dość nędznie) figurą świętego lub świętych. Cały urok tych widoczków zależy od pejzażu, w którym rzeczona figura się znajduje. Otóż, pejzaże owe układane są wypukło z bryłek kamieni samorodnych, nieszlifowanych, w najprzeróżniejszych kolorach. I tak: topazy białe, dymione i rozmaitej barwy, ametysty, akwamaryny, krwawniki, szmaragdy, chalcedony i wiele innych razem tworzą efekt, który sprawia, że obrazom tym nie można odmówić oryginalności, a nawet piękna.

To, po której stronie Uralu jesteśmy, poznać można po biegu rzek, które zaczynają należeć do innego systemu. Dotąd rzeki mające swe źródła w górach spływały na zachód i tam kierowały się, jedne na południe, wlać swe wody do Morza Kaspijskiego, drugie na północ, gdzie tonęły w lodowatych wodach Północy. Teraz przeciwnie, wody płyną na wschód, tworząc dorzecze olbrzymiego Obu.
Jednym z dopływów Obu jest Iset, nad którym leży przepiękny Jekatarynburg, pierwsze miasto, które ukazuje się oczom po przejechaniu pasma Uralu. Miasto należy do guberni permskiej, ale bez porównania przewyższa swoją stolicę pod każdym względem. Założony niedawno, bo dopiero w roku 1723, jest zbudowany z rozmachem i gęsto zaludniony. Mieści się w nim główny zarząd górnictwa i mennica państwa. Radabym dłużej się tu zatrzymać i przyjrzeć życiu i funkcjonowaniu miasta, jego fabrykom kruszcowym, wyrobom, sposobowi życia zamożnych mieszkańców. Ale nie ode mnie zależało zaspokajanie moich chęci.
W Jekaterynburgu za bardzo przystępną cenę można nabyć szlachetne kamienie. Ametysty, opale, chalcedony, chryzolity, kryształy górskie, topazy, akwamaryny, szmaragdy i mnóstwo innych, tylko oszlifowane, przygotowane do oprawienia, delikatnie oprawione – wszystkie niemal same wchodzą w ręce.

Jak ów głodny Arab na pustyni, który znalazłszy wór pereł, kopnął go z pogardą, mówiąc „ To tylko perły”, tak i ja spojrzałam obojętnie, i pojechałam dalej.

W Jekaterynburgu spotkała nas niemiła niespodzianka. Dotąd sunęłyśmy saniami po dość dobrej drodze. Z racji, iż dążyliśmy na północny wschód, wydawało się, że warunki te nie ulegną zmianie, przynajmniej do Tobolska. Tymczasem niemało się zdziwiliśmy, widząc pod końskimi kopytami szare i rzadkie błoto. Stanęliśmy na kwaterze, a nasz przewodnik poszedł rozeznać się w sytuacji. Wrócił z przykrą wiadomością, iż dalej śniegu nie ma, więc musimy porzucić sanie. Nie stać nas było mnie i towarzyszek na najlichszy bodaj powóz, więc trzeba było zdecydować się na perekładną, czyli wózek pocztowy.
Nie było nad czym się zastanawiać. Wygodne sanie wspaniałomyślnie odkupił za dosłownie kilka rubli gospodarz domu, w którym zatrzymałyśmy się z towarzyszkami. Powiedział, ze czyni to tylko przez wzgląd na nasze trudne położenie i wręczył ruble przewodnikowi. My zaś przełożyłyśmy nasze rzeczy na pocztowe wózki i ruszyłyśmy dalej.

Komuś, kto nigdy nie jechał czymś podobnym, mogę wydać się zbyt wybredna i rozpieszczona, gdy powiem, że wózek taki jest niewygodny. Trudno, proszę mnie usprawiedliwić, jestem tylko kobietą i to nieszczególnie zahartowaną w rozmaitych fizycznych przeciwnościach. Jest niewygodny nie do wytrzymania. Krótki, zatem trzęsący niewymownie, płytki i przodem uniesiony tak, że niemal nie sposób utrzymać w nim równowagi. Każdy zaś wstrząs powoduje wyrzucenie pasażera w górę na ćwierć łokcia, co w końcu sprawia ból, wyciskający łzy z oczu. (Ów wózek pocztowy, to nic innego jak osławiona kibitka.)
Zaraz za miastem znaleźliśmy znowu na gościńcu całkowicie pokrytym śniegiem. Co więcej, cała okolica, jak okiem sięgnąć spowita jest w biel. Zagaduję woźnicę i ze zdumieniem dowiaduję się, że nigdzie więcej na drodze do Tobolska błota nie ma. Podobno wzbudziliśmy sensację wśród pocztylionów, zaopatrując się w wózki zamiast sań.
Zorientowałam się, ze padliśmy ofiarą nieporozumienia lub, co gorsza, oszustwa. Każę zatrzymać konie, wołam podoficera i cóż się okazuje? Że nasz przewodnik swoją sensację na temat śniegu usłyszał nie od kogo innego, a właśnie od tego samego człowieka, który kupił nasze sanie. Teraz zaś, nie chcąc wyjść na fryca, posyła dwóch żandarmów z powrotem do Jekaterynburga z rozkazem przyprowadzenia sań, bądź odzyskania ich na drodze prawnej. My tymczasem jedziemy do następnej stacji, gdzie z wielką ulgą zatrzymujemy się na dłuższy przymusowy odpoczynek, oczekując powrotu żandarmów.

Wrócili wreszcie. Bez sań. Wspaniałomyślny kupiec zdobyczy z rąk nie wypuścił, a wyższa instancja, do której się odwołano, orzekła, ze towar sprzedano, pieniądze wzięto, więc umowa została dopełniona i zrywać jej nikt nie ma prawa. Ot i tyle, dodać tylko trzeba kilka rubli straconych na wynajęcie koni pod żandarmów.

Szczęście, że z wózków mogłyśmy przesiąść się na sanie pocztowe. Już nigdzie więcej na drodze do Tobolska nie musiałyśmy zamieniać ich na wózki, gdyż sanna była wyśmienita. Śnieg zaczął podpływać wodą z gór spływającą w pierwszych promieniach wiosennego słońca, dopiero pod sam koniec drogi, co nie przeszkadzało dokończyć jej w saniach. Jedna tylko okoliczność stała się mniej sprzyjająca. Otóż, ponieważ sanie nie były nasze tylko pocztowe, toteż co stacja musiałyśmy swój bagaż przenosić z jednych na inne. Niby drobna to niedogodność, ale dla mnie, jadącej bez służby, było to duże utrudzenie. Stąd mój wniosek, że pewna klasa kobiet w naszym społeczeństwie jest chowana po prostu źle – w całkowitej zależności od osoby najemnej. Cóż, późno, bo późno, ale postanowiłam nadrabiać moje zaległości, póki nadarzała się taka wyśmienita okazja.

Półmetek w Tobolsku

Wreszcie wjechaliśmy do guberni tobolskiej. Tobolsk był jeszcze daleko, około tysiąca wiorst (ponad 1000 km) przed nami, ale potrafiłam już objąć wyobraźnią te przestrzenie. Poza tym, najtrudniej osiągnąć połowę drogi, zwłaszcza bardzo długiej i uciążliwej. Potem każdy krok przybliża do celu i choćby ten cel nie był szczególnie nęcący, jest to rodzaj ulgi, jaką odczuwa chory, gdy go z boku na bok przekręcą.

Przez pustkowia jechaliśmy aż do Tiumienia, oddalonego od Tobolska o wiorst 250 (ok. 270 km). Jest to miasteczko powiatowe, może poszczycić się odlewnią dzwonów i kilkoma innymi fabrykami. Przez środek miasta przepływa rzeka Tara. Wiąże się z nią pewna historia. Otóż, gdy w roku, jak mi się zdaje, 1835 Następca Tronu Rosyjskiego (Aleksander II Romanow) zwiedzał Syberię, wody Tary wezbrały. Wtedy mieszkańcy Tiumienia wykonali łódź, którą przewieźli Najjaśniejszego Monarchę przez rzekę. Łódź ta ma dach i boki obite wewnątrz zieloną wełnianą materią, białe firanki osłaniają ją dookoła. Nad krzesłem tronowym, obitym pąsowym adamaszkiem zawieszono portret i imię Najjaśniejszego Monarchy. Ławeczki łódź okalają. Najznamienitsi tiumieńczanie mieli zaszczyt w owej pamiętnej epoce służyć Dostojnemu Podróżnemu za przewoźników. On odwdzięczył się, racząc na krawędzi łodzi pozostawić swój własnoręczny podpis i pozwolił zarazem umieścić tam w długim szeregu nazwiska dziesięciu kupców, którzy Go przewozili. Wdzięczni tiumieńczanie ów napis za szkło oprawili, a dla łodzi zbudowali osobny dom, w którym jest pod kluczem chroniona, niczym relikwia.

W Tobolsku, tej stolicy zachodniej Syberii, stanęliśmy okrągły miesiąc od wyjazdu z Kijowa – 11 kwietnia.

Po tak długiej podróży z ukontentowaniem znalazłam się w wygodnym pokoju gościnnicy tobolskiej, czyli tutejszego zajazdu dla podróżnych. Nareszcie zamilkł natrętny dzwonek pocztowy, który wciąż wołał „dalej, dalej…”, nareszcie mój czas należał do mnie. Tak mi się przynajmniej wydawało, gdy rozważyłam wszelkie okoliczności. Z Tobolska bowiem nie ma innej drogi do Berezowa, niż korytem rzeki – zimą po lodzie, latem na statkach.
Tymczasem lody zaczęły topnieć, wody huczeć i Irtysz wezbrał tak, że według wszelkiego prawdopodobieństwa czekał nas przynajmniej miesiąc odpoczynku.

Zastałyśmy tu towarzystwo częściowo mi znane, częściowo jeszcze nie, ale serdeczne i kojące w pewien sposób tęsknotę za bliskimi. Oto, kto przed nami stanął w Tobolsku: były mieszkaniec Wielkopolski, major Szreder, niegdyś towarzysz broni Seweryna Krzyżanowskiego, Antoni Pawsza z Wołynia, Konstanty Wolicki, Onufry Pietraszkiewicz z Wilna, Ignacy Strumiłło z Wołynia, Stanisław i Rafał Kiersnowscy z nowogródzkiego. Tuż przed nami przybył Karol hrabia Marchocki.
Już trzy dni bawiłyśmy w Tobolsku i dzięki życzliwym ludziom pomału
zaczęłam się zadomawiać w tym mieście. Raptem nas wszystkie – mnie i dwie moje towarzyszki – wezwano do cywilnego gubernatora, który oświadczył, że odpoczęłyśmy dostatecznie i czas nam niezwłocznie odjechać do miejsc przeznaczenia. Dla moich współpodróżniczek miała to być Tarra, powiatowe miasteczko guberni tobolskiej, leżące również nad brzegiem Irtyszu. Moje przeznaczenie było mniej łaskawe – Berezów, położony względem Tarry tysiąc siedemset wiorst (ponad 1800 km) na północ, zatem niezrównanie przykrzejszy pod różnymi względami, przede wszystkim zaś z powodu klimatu. Mimo tego, panna Józefa Rżążewska zażądała zmiany swego miejsca pobytu na Berezów i pozwolenie otrzymała. Zrobiła to ze względu na moją osobę. Żadne tłumaczenia, ni nalegania nie zdołały odwieść jej od raz podjętej decyzji.

17 kwietnia pożegnałyśmy z żalem naszych znajomych. Wyruszyłyśmy, wciąż jeszcze saniami, po lodzie Irtyszu do Berezowa. Droga była najeżona trudnościami. Z nadbrzeżnych gór, hucząc, leciały strumienie i napełniały koryto rzeki. Lód trzymał się jeszcze brzegów, więc konie brnęły w wodzie, która go pokrywała. Przez to pocztylion kilka razy wjechał w przerębel do pojenia bydła i byłby konie potopił, gdyż nie widział drogi. Za obstawę miałyśmy dwóch berezowskich kozaków z rozkazem od gubernatora, aby udzielono im pomocy, gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Od wioski do wioski konwojowało nas zatem ciągle kilku konnych z drągami, którymi co raz wyciągali sanie z jakiejś jamy lub śniegu. Mimo ich wysiłków, nie zdołaliśmy przebyć w ciągu dnia jednej stacji. Trzeba było zanocować na drodze.
Nazajutrz w południe stanęliśmy w zamieszkałym przez ruskich osadników Bronikowie, oddalonym od Tobolska o 36 wiorst (ok. 38,5 km). Tutaj kończy się droga lądowa i dalej na północ posuwać się można tylko korytem rzeki.

Na podstawie „Wspomnień z podróży do Syberii” Ewy Felińskiej

Marta Gambin-Żbik

Możliwość komentowania jest wyłączona.