Zesłańcy

O Syberii

Kara deportacji, czyli przymusowego opuszczenia miejsca zamieszkania i przeniesienia do odległej miejscowości, jest znana od czasów starożytnych. Jednakże w polskim prawie nigdy nie istniała i nie istnieje. Bez względu na ten fakt, Polacy podlegali jej już od XVI wieku za sprawą rozmaitych samozwańczych władców, roszczących sobie prawa do polskiej ziemi i decydowania o losach polskich obywateli. Szczególnie masowo kara wygnania stosowana była w XIX wieku. Państwa, w których systemie prawnym istniała, głównie Anglia i Francja, pozbywały się pospolitych przestępców, zsyłając ich na tereny kolonii. Dla carskiej Rosji, dysponującej nieograniczonymi połaciami „odległych miejsc”, zesłania były także doskonałym narzędziem walki politycznej, zarówno wobec własnych obywateli jak i niepokornych sąsiadów, którzy nie chcieli uznać władzy wszechmocnego cara. Szczególnie intensywne deportacje Polaków miały miejsce po powstaniach: listopadowym i styczniowym, ale właściwie każdy ruch w kierunku zachowania tożsamości narodowej kończył się „Sybirem”. Dla jednych ów Sybir oznaczał konieczność zamieszkania w odległym miejscu o zabójczym klimacie, jak Zygmunt Szczęsny Feliński, dla innych katorgę, czyli przymusowe roboty, na przykład w nerczyńskich warzelniach soli- taki los spotkał Rafała Kalinowskiego. Jeszcze inni zmuszani byli do moralnie dwuznacznej służby w carskim wojsku.

Już dla współczesnych zesłańcom, Syberia stała się symbolem – i to żywym – polskich zrywów i klęsk, represji i męczeństwa. Głosy z niej dobiegające w dużym stopniu kształtowały polską świadomość narodową. Ludzie, którzy musieli budować swoje życie od nowa, wyrwani z kraju, domu, pozbawieni rodziny, pragnęli przekazać wieści o sobie bliskim. Pragnęli podtrzymać w nich ducha, przekonać, że wszędzie da się żyć. Pragnęli także zachować pamięć o tych, którzy jednak przeżyć nie zdołali. Pamiętniki i listy zesłańców wprost kipią od ukradkiem przekazywanych wiadomości, które dla rodaków były czytelne i wywoływały przejmujące wrażenie, a których cenzura nie umiała wychwycić.

Jednym z takich tekstów były pamiętniki E. Żmijewskiego, który stworzył obraz siebie jako silnego Polaka, radzącego sobie z syberyjską przyrodą, poszukiwacza złota. Ta sensacyjna postać cieszyła się taką popularnością i tchnęła takim optymizmem, że pamiętniki zostały doszczętnie zaczytane. Podobny los spotkał inne teksty, jak choćby wspomnienia Ewy Felińskiej. Ze względu na zawirowania polskiej historii nie wznawiane, dziś stanowią prawdziwy unikat, a szkoda, bo to fascynująca lektura.

Trzeba też pamiętać, że Polacy mają wielki wkład w poznanie i opisanie ludów, kultur i przyrody Syberii. Wśród zesłańców znajdowało się wielu ludzi światłych lub wręcz uczonych, którzy znaleźli się w miejscu nietkniętym „szkiełkiem i okiem”. W pełni wykorzystali oni swój czas i możliwości, których, paradoksalnie, carski reżim chciał ich pozbawić. Nie do przecenienia są badania Benedykta Dybowskiego, czy wiadomości zgromadzone przez Wacława Sieroszewskiego.

Czego by się jednak o Syberii nie napisało, pozostanie ona synonimem cierpienia. Samotność, czas upływający z dala od bliskich, tęsknota za krajem i niepewność, czy się jeszcze kiedykolwiek powróci… pewien sędziwy zesłaniec, który codziennie o jednej porze wychodził na spacer wzdłuż traktu wiodącego do Rosji i dalej do Polski, zapytany, dlaczego nie wybiera piękniejszych okolic na swoje wędrówki, odparł „Za każdym razem, gdy spaceruję po tej drodze, raduje mnie myśl, że choćby o dwie wiorsty zbliżam się do swoich…”

Warto zatrzymać się na chwilę przy relacji Ewy Felińskiej, która uświadamia czytelnikowi coś bardzo istotnego, a mianowicie, że Syberia to miejsce jak najbardziej realne. „Zatrzymanie się przed domem pocztowym dla przemiany koni , lub wywrót, przywoływał na chwilę uwagę na rzeczy zewnętrzne; wtenczas ból głowy, ból członków wyraźniej czuć się dawały, lecz krótkie chwile poprzęgów nie zostawiały dość czasu wolnego na opamiętywanie się; bo gdy tętnienie dzwonka dawało hasło, sanie zaczynały lecieć, na nowo zagłębiając się, to wyskakując z owych śniegowych przepaści, bez oddechu, bez zwolnienia kroku, i tak coraz dalej, dalej, dalej… Dzień podawał nocy, a noc dniowi, one tętnienie dzwonka.”

Historia polskich zesłań nie jest mitem ani legendą. Ktoś musiał tę drogę przebyć, każdy metr ogromnej przestrzeni odczuć „na własnej skórze”, podskoczyć na każdej grudzie lodu lub bryle śniegu i ogarnąć własnym spojrzeniem niezmierzoną białą płaszczyznę. Ten ktoś musiał mieć nieustanną świadomość, że tam, dokąd jedzie, nikt na niego nie czeka, bo wszyscy kochani z każdą minutą zostają „coraz dalej, dalej, dalej…” w świecie, który opuścił. Wiedział, że nawet najsilniejszy ból głowy musi zwalczyć sam, bo nie ma nikogo, kto by się nim przejął, był w stanie oderwać od własnej niewygody i żalu i współczuć, choćby przez chwilę.

Po wieku XIX przyszedł wiek XX. Losy wnuków i prawnuków dziewiętnastowiecznych powstańców nie były ani odrobinę łatwiejsze…A każdy z tych losów, gdzie by się nie toczył, stanowi osobny, trudny, często rozdzierający serce, ale prawdziwy rozdział historii narodu polskiego.

Marta Gambin-Żbik